Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji uług
zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

[x] Zamknij

Logowanie

hasło:
zapamiętaj mnie

Szukaj

Będą małe rudzielce?

MM, 2016-04-21

Wiewiórka pojawiła się w moim ogrodzie jakieś 3 lata temu. Nie widziałam jej, ale wiem, że regularnie u mnie urzędowała, bo niby kto inny podrzucałby mi pod młode brzózki stosy pogryzionych szyszek i łusek? Kto inny rozłupywałby skorupki orzechów, które zalegały pod moimi leszczynami i włoskim orzechem? Długo czekałam, by przyłapać tę małą złodziejkę na gorącym uczynku i w końcu udało się.

Późnym latem zeszłego roku ustaliłam, że piękna ruda wiewiórka, by odwiedzić stołówkę w moim ogrodzie, do orzecha włoskiego i leszczyn dostaje się po koronach innych drzew. Unika w ten sposób na ziemi konfrontacji z kotami albo z psem. Orzechy włoskie „załatwia” na gałęziach, a laskowe – na trawie. Złodziejaszek siada na tylnych łapkach, a w przednie bierze orzeszka. Obrabia go lotem błyskawicy. Później – kic, kic – do następnego i następnego. Włoskich nie ma za dużo, więc je wszystkie wyławia pomiędzy liśćmi na gałęziach, zanim przyjdzie czas, by je strząsnąć. Dla mnie zostawia resztki z Pańskiego Stołu, tzn. łupinki na ziemi.

Zwinność Rudej jest rewelacyjna. W mgnieniu oka, potrafi pokonać odległość 40 metrów na dużej wysokości. Jest bardzo czujna - gdy mnie zobaczy, zastyga w nieruchomej pozie i czeka, bym sobie poszła. Jeśli za długo się jej przyglądam i odmawiam samo-ewakuacji, zaczyna energicznie machać piękną kitą i popiskiwać (jakby szczekała), mówiąc mi w ten sposób: „nie podoba mi się to - ale już mi stąd!”.

W zeszłym roku dość często u mnie bawiła. Kładłam kilka orzechów włoskich to na tarasie, to na trawie - tak, by mogła je zobaczyć. Nie znikały. „Ambitna, nie idzie na łatwiznę” – myślałam sobie.

Ze dwa miesiące temu, pies podniósł rwetes, gdy mnie wyciągnął na spacer. Ale, szczekał w górę – na okna. Spojrzałam wysoko na dom i przetarłam oczy ze zdumienia. Pod wysuniętą połacią dachu, na murze „siedziała” wiewiórka. Siedziała, jak siedziała – była do niego raczej przylepiona, jak skóra z dzikiego zwierza rozpostarta na ścianie.

Ruda znieruchomiała. Pewnie liczyła na to, że – jak się nie będzie ruszać, to – nie będzie jej widać. No, jasne – rudzielca na jasnym tynku na pewno nie widać … W lesie, napotkana wiewiórka zawsze chowa się za pniem drzewa, a tutaj nie miała jak tego zrobić, więc wybrała inną taktykę. Patrzyłam na nią, o ona – na mnie. Obie byłyśmy jak zamagnetyzowane przez dobrych kilka minut. W końcu, postanowiłam uwolnić ją od stresu i odeszłam. Po sekundzie odwróciłam się – wiadomo, z dzikiej ciekawości. Rudej nie było! „Ki diabeł? – pomyślałam – gdzie ten czort zniknął tak szybko (?)”.

„Mur jest gruby na jakieś 50 cm, poprzeczki w tej kratce, tam wysoko, są wygryzione, więc pewnie zrobiła sobie w murze dziuplę” – uzmysłowiła mi sąsiadka. Natychmiast poszłam na strych. Otwieram od wewnątrz poziomy otwór wentylacyjny, a tam – pełno mchu. „Ale chata – pomyślałam – to chyba kobitka, bo facet raczej takiego przytulnego gniazdka by nie urządził”. Obejrzałam "kratkę" jeszcze raz od zewnątrz – no tak, wystające gałązki modrzewia z kilkoma przytwierdzonymi szyszkami. A to szczwana sztuka - zaciągnęła do dziupli gałązki razem z szyszkami, żeby ich pojedynczo nie targać do góry. Praktyczna bestia – tak, to chyba kobitka.

Zaczęłam regularnie wgapiać się w mur – sąsiedzi myśleli, że zwariowałam. Poczytałam o wiewiórkach – zazwyczaj korzystają z dwóch, albo więcej, kryjówek. Las mam za płotem i czasem Rudą widzę, jak kica przez drogę z lasu - najpierw do sąsiada, po jego drzewach i dachu, później znowu po drzewach i na mój mur, by się dostać do swojego apartamentu z siedzibą w mojej ścianie. Skoro jest w środku mech, to mogą być to przygotowania do rodzicielstwa. Teraz, trochę jeszcze na to za wcześnie, ale – za jakiś czas - kto wie.

Żeby się z nią zaprzyjaźnić, przygotowałam specjalną, przezroczystą plastikową miseczkę do zawieszania na drucie na drzewie. Włożyłam do środka kilka orzechów włoskich i powiesiłam ją na rajskiej jabłonce, tuż pod dziuplą – tak, by schodząc w dół, musiała się na nie natknąć. No i natknęła się. Światło odbija się od szyby, więc mnie nie widzi, jeśli się nie ruszam, a ja mam ją na wyciagnięcie ręki, tyle, że przez szybę i firanki. Od kilku dobrych tygodni, codziennie rano, wkładam jej na śniadanie 8 orzechów włoskich. Przychodzi regularnie. Gimnastykuje się, by je wyciągać, pokazując mi swój biały brzuszek – wygina się, kołuje, przytrzymuje się ogonkiem i jedną łapką gałązki, a drugą podnosi orzecha do pyszczka. Później, odwraca się do okna (czyli do mnie) tyłem, bo w czasie pałaszowania musi obserwować teren. Wtedy, można podziwiać jej okazałą, puszystą kitę. Orzecha obraca w łapkach z prędkością światła. Ząbkami robi rowek pomiędzy dwiema połówkami, rozłupuje je i jedną (tę pustą), upuszcza na ziemię. Gdy już dostanie się do środka orzecha i zaczyna go zjadać, trzęsą jej się … uszy - strzyże nimi (teraz już wiecie, skąd się wzięło powiedzenie „jadł, aż mu się uszy trzęsły”). Wyjedzoną połówkę upuszcza na ziemię, schodzi na trawę i sprawdza, czy w tej pierwszej nic nie zostało. Później, wraca do góry po następnego orzecha i widowisko się powtarza. Jest wybredna - suszonych grzybów i łuskanych orzechów nie chce. Wyrzuca je z miseczki na trawę. Dałam jej też, na spróbowanie, orzeszki ziemne, ale tymi również wzgardziła. Pewnie oryginalne orzechy włoskie są dla niej najsmaczniejsze i, przy okazji, rozłupując je, ściera sobie ząbki.

Czasami, wyłowionego z miseczki orzecha zabiera w pyszczku i wynosi do lasu – pewnie do innej kryjówki. Po paru minutach wraca po następnego. Bywa też, że schodzi na ziemię i zakopuje orzecha w trawie lub w mchu. Cicha, bo turystyczna działka sąsiada jest do tego najlepsza - ten pewnie zdziwi się, jak mu wkrótce urośnie las włoskich orzechów. Na Rudą można patrzeć w nieskończoność – jest zwinna, czujna i inteligentna. Nigdy nie przychodzi dwa razy tego samego dnia. Wiadomo, orzechy muszą mieć czas, by odrosnąć … ;-) Gdy z miseczki wyciągnie ostatniego orzecha, to wie, że był ostatni i już więcej łapką w niej nie szpera. Długo zastanawiałam się, czy to faktycznie ona. W końcu, ustaliłam, że tak - to musi być dziewczyna.

Około tygodnia temu, zaobserwowałam, że troszeczkę zmienił się kolor jej futerka – na nieco ciemniejszy. Ogon też wydał mi się trochę bardziej przerzedzony. Gdy wyłowiła z miseczki ostatniego orzecha, po jego zjedzeniu, znowu wsadziła łapkę do miseczki, szukając kolejnego. „No, nie – pomyślałam – moja dziewczynka tak by się nie zachowała. To musi być facet”. I, faktycznie – po wyżerce, rozpoczęło się obwąchiwanie każdej gałązki po kolei. Wiewiór został zwabiony do mnie nie orzechami, ale zapachem samiczki, która pewnie jest teraz w rui. Przy okazji, paskudnik wyżarł jej śniadanie – szowinista. Węszył dobre 15 minut - wyżej i niżej, na prawo, na lewo, wyżej, wyżej, aż w końcu mi zniknął, bo wskoczył na mur. Szybko, ale po cichu, wyszłam na taras. Tuż przy dziupli, był przylepiony do ściany. Zauważył mnie i znieruchomiał. Nie wiem, czy był już po wizycie wewnątrz, czy mu w tym przeszkodziłam. Rudej raczej w środku nie było. Odsunęłam się sporo w tył, żeby poczuł się bezpiecznie i mógł zwiać. Tak też zrobił. Po murze - na tuję, a z niej - na dach. Stamtąd – na gałęzie modrzewia sąsiada i później - w stronę lasu. Na drugi dzień przyszła ona, a na trzeci – znowu on. I znowu, jak zjadł ostatniego orzecha, to dalej szukał w miseczce następnego – gdyby mógł, to by nożem i widelcem wyskrobał w talerzu dziurę. Potem, zasnąłby z przejedzenia i, zmęczony snem, by się obudził. Po tym to już go na 100% odróżniłam od niej.

Przez następne dwa dni orzechy nie znikały. Wygląda na to, że się spotkali i zajęli inną konsumpcją. Wiem, że doczytaliście do tego miejsca, bo spodziewaliście się szczegółowego opisu dalszego ciągu tej znajomości, ale – przykro mi - od przedwczoraj nie pokazuje się żadne z nich, choć orzechy znowu zaczęły znikać. Tak więc, któreś przychodzi na śniadanie, lecz skoro świt, jak jeszcze śpię. Pewnie chodzi o szybką regenerację sił po długiej nocy i założę się, że to on, a ona przymiera teraz głodem.

Może będą małe rudzielce. Ciekawe, czy „moja” dziupla stanie się dla nich domem rodzinnym. Jeśli będzie to inna kryjówka, to ciekawe też, czy Ruda przyprowadzi je do mnie na wyżerkę. Jakie będą – nie wiadomo. Wiewiór ma lichy ogon, więc cudów nie należy się spodziewać … ;-) No, ale na bezrybiu i rak – ryba, więc wybaczę mojej dziewczynce. Wiem już, jak odróżnię płeć maluchów. Sąsiad mówi, że to proste - trzeba każdej wiewiórce oddzielnie rzucić orzeszka. Jak wzięła – to ona. Jak wziął - to on.