Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji uług
zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

[x] Zamknij

Ostatnie tango w … Paryżewie

2015-03-19

Na zebraniach w Paryżewie i w innych okolicznych wsiach jego nogi zawsze zakrywał stojący na podłodze neseser – pusty w środku, ale atrybut ważności musiał być widoczny. Marlou Brandou wiedział też, że trzeba chronić przed spojrzeniami innych … buty. To coś nie dawało się z nich wyciągnąć, więc dyplomatka stała się jego wierną towarzyszką.

Ta przypadłość nie boli

Kawały, którymi starał się bawić zebranych, miały mu utorować drogę do carskiego tronu. Skoro Nikodem Dyzma zaszedł tak wysoko, to dlaczego on nie miałby spróbować wejść na carskie salony (?) Niezłe kawałki (jakby to powiedział Nikoś), którymi karmił ludzi, przyprawiały o śmiech, ale tylko jego samego. Śmiał się tak głośno, że nie był w stanie usłyszeć ciszy, którą wywoływały jego wyszukane żarty. Charakterystyczny grymas ukośnych ust, ćwiczony przed lustrem godzinami, miał sprawiać wrażenie, że wie, co mówi.

Do pościgu na salony potrzebna była fura. Dla żądnego władzy Marlou Brandou musiał to być Ford szeryfa, a w nim komediant - w roli słynnego Caldera z filmu „Pościg” - przyozdobiony ciemnymi okularami i strzelbą. To pomogło wielkiemu do nieba, świadomemu mistrzowi improwizacji wejść na salony - na pierwsze 4 lata.

Pieniądze nie śmierdzą

Przyszedł czas na przysposobienie w nowym środowisku. Marlou rozwijał się - jak rolka …. Na polu mentalnym niewiele mógł zdziałać, więc postawił na układy, bo te pachną mamoną. Pecunia non olet – łacinę znał w zakresie wąskim, ale się nią popisywał, zwłaszcza wtedy, gdy był niezadowolony z rozwoju … rolki. Salonowy lew szybko zorientował się, że najważniejsze to ogrzewać się w odpowiednim blasku, w odpowiednim momencie. Wcale nie trzeba znać się na rzeczy – wystarczy jednemu zabrać, a drugiemu dać. Nigdy za darmo! Co najwyżej – za głosy, bo za darmo to można sobie skopać, np. ogródek. Toteż i bez ogródek szykował się do drugiej kadencji. Grał na kilka frontów, bo przecież, na czym, jak na czym, ale na graniu to się znał. Jego potfolio (pisownia oryginalna) obejmowało, na przykład, granie wszystkiego. Idealnie nadawały się do tego wszelkie społeczne poruszenia – można było brylować i kreować się na przyzwoitego obywatela, walczącego o słuszne sprawy i to na dużej scenie. Wiatry były dla Marlou pomyślne – wraz z mydlanymi bańkami zawiodły go na carskie salony na kolejne 4 lata.

Nieposkromione aspiracje Marlou i jego nieograniczona wyobraźnia bujały w obłokach pośród efektów dymnych produkcji własnej. Marlou miewał sny. Budził się zlany potem. Na jawie królowa Paryżewa, gdy jej huknął „na kolana”, posłusznie mu na nie wskakiwała, przystrajała jego głowę wiankiem z marynowanych oliwek i szeptała do ucha: „Marlou, ty powinieneś być Cezarem”.


Menisk wypukły

Gdy zaczęły pojawiać się w Internecie wirtualne plebiscyty typu „Bezradni – na beton”, pstrykał myszką od rana do nocy, głosując na samego siebie. Wypływał na szerokie wody. Na zebraniach w Paryżewie sam już sobie przyznawał przewodnictwo nad „obradami”, chroniąc też w ten sposób królową Paryżewa przed próbą budowania zdań złożonych. Wyręczał także przybocznych królowej przy dzieleniu funduszu paryżewskiego, do którego – obowiązkowo – wpisywał swoje własne igrzyska pn. „Kombinowanie byle czym”. Gdy oburzeni zebrani protestowali, że niektórzy, choć bardziej potrzebują od innych, mają dostać zero, przerażona i skacowana królowa Paryżewa szeptała mu do ucha tak, że dwa pierwsze rzędy słyszały: „Marlou, daj im coś, daj im cokolwiek – proszę, oni już się skapnęli, że ich kiwamy”. Ale, Marlou przeliczał tylko liczbę niezadowolonych i zadowolonych i w duchu śmiał się, dumnie popijając wodę z dodatkiem sody. Jego spojrzenie na królową Paryżewa i jej poddanych zdawało się pytać: „A znacie bajkę o Jacusiu (?)”

Marlou panował nad Paryżewem, lecz jego jestestwo podpowiadało mu, że powinien ograć wszystkich i zapanować nad całym landem. Brylował i parł do przodu drogą usłaną trupami – tu i tam.

Strategia – to je to

Zbliżała się trzecia kadencja. Marlou wykonał ruchy – stra-te-gicz-ne, ma się rozumieć! Zgłosił inne, bardziej szacowne miejsce zamieszkania, bo kandydat na cara nie powinien się chwalić swoimi paryżewskimi korzeniami. Furę szeryfa zastąpił Marloubusem. Skoro tłum to kiedyś u innych „kupił”, to i u mnie „kupi” – prosto myślał, prosty Marlou. Wymyślił sobie hasło: „Ważne są ludzie, nie układy”. Niczym tokujący głuszec zdawał się nie zauważać licznych poprawek na swoich wyborczych afiszach, typu: „Ważne są ludzie nie układy”, albo „Ważne są ludzie nie układy”, czy też dopisków o treści „To najśmieszniejszy kawałek Marlosia”.

Paryżewo zostawił sobie w rezerwie. W razie klęski głównej, by ostać się na salonach choćby w dotychczasowym charakterze clowna, na klepsydrach ogłosił wszem i wobec, że nadal jest poddanym królowej Paryżewa. Ot, taki wyborczy hokus-pokus, którego tłuszcza i tak nie wyłuszczy - myślał.

Po tym i owym bida zapłakała. Do drugiej tury elekcji na cara nie przeszedł. Na wyluzowanego bezradnego, krążącego po salonach z krzywym uśmiechem, też zabrakło głosów - akurat od tych, z których się wcześniej śmiał. Głosy zdobyte w pierwszej turze wyborów na cara postanowił w drugiej rundzie przekazać temu, który go jeszcze szczerze nie znienawidził. Jak się później okazało, ten stra-te-gicz-ny ruch Marlosia był dla obecnie panującego cara bez znaczenia, ale Marloś i tak liczył na wdzięczność. Ogłoszono konkurs na Głównego Kulturalnego landu – bez wymagań co do szkół specjalnych. Jak taka kultura, w mordę jeża, to tylko ja – pomyślał Marlou. Jak nic – dumał sobie – to pode mnie napisano scenariusz turnieju. Musiał wykorzystać tę szansę – swoją ostatnią szansę na podróż w czasie i przestrzeni.

Ustawicznie podniecany nieograniczoną wyobraźnią, Marlou zamarzył o darmowym marketingu swojego jestestwa, wraz ze stałym przypływem niezłej gotówki. Widział siebie na tronie za 4 lata – z wiankiem laurowym na głowie. AVE  JA!


Już witał się z gąską

Smutny był Marloś na kolejnym zebraniu w Paryżewie. Szeptano, że komisja konkursowa wzgardziła jego fenomenem. Po prostu, nie szło pokumać tego, co Marlou Brandou naskrobał w swoim podaniu. Przykro, oj, przykro, było patrzeć, jak gaśnie gwiazda szeryfa. Nikodem Dyzma mawiał, że każdy człowiek ma prawo do szczęścia, więc Marloś postanowił z prawa tego skorzystać i pobrylować sobie jeszcze jako przewodniczący zebrania w „swoim” Paryżewie. Niestety czujna dama carskiego dworu oznajmiła zebranym, że Marlou Brandou nie jest już poddanym królowej Paryżewa, więc w Paryżewie głosu nie ma w ogóle. To prawda - Marlosiowi odebrało mowę. Odebrano mu też mikrofon. Skonsternowany Marloś zapomniał o dyplomatce, którą - w zamieszaniu - ktoś kopnął, bo w niego samego nie trafił. Ludzie spojrzeli na jego buty! Marloś - ktoś krzyknął – wciśnij tę słomę, wstydu oszczędź!

Requiem na dwie czwarte

W Paryżewie zabrzmiały nuty starego tanga. Nieograniczona wyobraźnia przeniosła Marlosia na parkiety salonów, gdzie kołysał się z królową Paryżewa. Ta szeptała mu do ucha: „Marlou, ja nigdy cię nie opuszczę, tak mi dopomóż pół litra. Cóż za niewdzięczność – to nie to, co poprzedni car. Tamten szanował układy i prawdziwe kobiety”. Przybity swą niedolą, Marloś utożsamiał się w myślach ze starym, nieszczęśliwym Milongiem.

Miłosierdzie

Myliła się nieco królowa Paryżewa – car okazał się nie Groźnym, praktykującym chrześcijaninem. Miłosiernie, w czasie Wielkiego Postu, wynagrodził Marlosia kilkoma carskimi kopiejkami - za kombinowanie byle czym, bo to nie lada umiejętność. Miło było patrzeć na zadowolonego z siebie Marlosia i na chwilę uwierzyć, że pobrał on nauki.

My też tam byliśmy i wino piliśmy.

« wróć | wersja do wydruku | odsłon: 1224

Reklama

POLECAMY2

Wsparcie prawne portalu



Nasz kanał na YouTube

Nasz kanał na Twitterze


Harmonogram wywozu odpadów


OSP Chwaszczyno

Artykuły i mapy

Kamery na drogach

 

Korki na drogach