Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji uług
zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

[x] Zamknij

Logowanie

hasło:
zapamiętaj mnie

Szukaj

W styczniu – słonie, w lutym – konie?

MM, 2015-02-24

Była najmniejsza i najsłabsza z miotu, toteż nie stanowiła żadnej konkurencji dla swojego rodzeństwa. Wola przetrwania pchnęła ją na niebezpieczny teren, gdzie rządziła Jakima.

Wycieczki, cichcem, do jej miski przeważnie udawały się, ale bywało, że musiała „wiać” poza ogrodzenie, bo młodziutka kotka, w starciu z dojrzałą suczką, nie miała żadnych szans. Raz, jedyną drogą ucieczki okazały się otwarte do domu drzwi na taras, więc wpadła do środka, jak po ogień, gdzie córki pani domu tworzyły … sztukę. Na dużym stole, rozstawione były otwarte słoiczki z farbami w różnych kolorach, mnóstwo pędzli i pędzelków, kredek, ołówków, duże arkusze papieru do malowania itd. itp. Jakima ruszyła za kotką. Ta uznała, że bezpieczniej będzie wyżej, niż na podłodze, a najbliżej był … tenże stół … W salonie, zrobił się rwetes – Sodoma i Gomora. W jednej sekundzie, kilka słoiczków z farbą przewróciło się i farba wylała się na niedokończone prace. Cztery łapki uwieńczyły dzieło. Dziewczynki specjalnie się nie zmartwiły. Wręcz przeciwnie - po analizie treści malowidła, uznały, że powstało dzieło sztuki i nadały kotce imię (?)



Odtąd, Artystka częściej wpadała do salonu, nie zawsze proszona. Zdarzyło się, że pani domu przyszła do mnie na ploteczki, nieświadomie zamykając kota w domu wraz z psem ... Nie, nie było tak, jak w pewnej reklamie pożyczki bankowej. Przed Jakimą łatwo było uciec. Malutka kotka schowała się pod kanapę, gdzie duża sunia dostać się nie mogła. Schowek okazał się idealny – chronił i zapewniał świetne pole widzenia. Gorzej było z ewakuacją, bo Jakima cierpliwie czekała na swoją ofiarę kilka godzin.



Minęły lato, jesień. Wykarmiona i odchowana Artystka zniknęła. Wiosną, pojawiła się, ale u mnie. Czarna, z białą krawatką – ot, taki sobie sympatyczny dachowiec. Żaden pies nie biegał luzem po ogrodzie i żaden jeszcze kot nie oznaczył terenu, więc uznała go za idealny dla swojego, jak się później okazało, potomstwa. Mało tego – wszędzie były koszyki (na grzyby), w których spało się nadzwyczaj wygodnie. Duże i małe kosze pod dachem - na ganku i na tarasie. Była też altana z najróżniejszymi kartonami i była wiata na drewno kominkowe – cud, miód, ultramaryna! Drewno zawsze układam tak, by koty mogły kryć się w samym środku stosu. Co jakiś czas, kładę deseczkę, na nią - drewno i znowu, po skosie – kolejną deseczkę i tak dalej. Wiatr tam się nie dostanie. Nic i nikt tam się nie dostanie, oprócz kotów. Robię tak od zawsze, by – w czasie ciężkich mrozów – dachowce miały się gdzie chować. Było też kilka brzóz, na których świetnie ostrzyło się pazurki. Jedna - blisko domu. Ta była najlepsza, bo stanowiła również drogę na dach. Gdy pies wyprowadzał mnie na spacer, już po kilku sekundach Artystka obserwowała nas z czubka … komina, na którym można się też, przecież, ogrzać.

Poza tym, zimą i wiosną, odwiedza mnie sporo ptaków, głównie sikorek. Na drzewach - słoninki, w karmnikach – ziarna słonecznika, chlebek itp. Dla kota – szał ciał, orgia zmysłów. Żyć – nie umierać!



Wczesnym latem, Artystka przyprowadziła swoje dziecko. Sama dawała się głaskać i brać na ręce, ale potomek był płochliwy. Zależało mu tylko na smakołykach. Miauczał, gdy dopraszał się ode mnie jedzenia, lecz wdzięczności nie okazywał za grosz. Uciekał, gdy wyciągałam w jego kierunku rękę - nie mogłam nawet ustalić, czy to chłopak, czy dziewczyna. Nie był podobny do matki w ogóle – Artystka musiała zadać się z jakimś arystokratą, bo dzieciak to – wypisz, wymaluj – piękny, ciemnobrązowy Pers z zielonymi oczami. Śliczny. Może, właśnie, ze względu na swoje pochodzenie po ojcu, był taki zarozumiały i zdystansowany ... Parę razy, udało mi się go złapać pod ogon - jesienią, ostatecznie, ustaliłam, że to chłopak. Biorąc pod uwagę jego aparycję, nadałam mu imię – Hrabia.

Hrabia uznał moją działkę za swój teren w trybie natychmiastowym - szybko zauważyłam go wysoko na dachu altany, skąd miał niebywale duży zasięg kontrolny. Powiedziałam wtedy mojej Mamie, że Hrabia wszedł już na dach altany. Otrzymałam reprymendę za niestosowne formułowanie myśli i zdań, bowiem on wcale tam nie wszedł, tylko … raczył wejść.



Jego imię ewoluowało. Po akcji cięcia drewna kominkowego, na podwórku zalegało sporo trocin, w których, razem z Artystką, świetnie było się wytarzać. Artystka bez problemu otrzepywała się z nich, ale długiego futra Hrabiego trociny imały się nadzwyczaj dobrze. Nie dawał się złapać do czyszczenia, to i łaził taki usmotruchany – obraz nędzy i rozpaczy. Tak więc, oprócz imienia, dostał nazwisko – Borciuch. Hrabia Borciuch raczył przyjść na wyżerkę, Hrabia Borciuch raczył wejść na parapet, Hrabia Borciuch raczył na mnie spojrzeć swoimi pięknymi zielonymi oczami, a nawet – raczył przynieść mi pod drzwi upolowanego kreta, albo mysz – jak mniemam, w podziękowaniu (w końcu) za wikt i opierunek. To ci dopiero facet – myślałam sobie. Interes się kręcił – za śledziowe głowy, z trawników szybko znikały krecie kopce. Za takiego kota, Pawlak oddałby ostatnie granaty …

Po jesieni, przyszła długa biała zima, którą – razem z Artystką – Hrabia Borciuch przeżył bez najmniejszego szwanku. Przed nadejściem mrozów, do pustej psiej budy, dołożyłam jeszcze sporo słomy, a nad „wejściem” zawiesiłam zasłonkę, żeby kotom nie wiało - na żabkach, na szynie. Dzięki temu, rano zawsze wiedziałam, czy w nocy spały „w domu”, czy się gdzieś szwendały po wsi; były zbyt leniwe, by – po wyjściu – „zaciągnąć story”.

Późną wiosną, Hrabia Borciuch „wyciął” mi numer – wziął i raczył się … okocić!



Trzeba było Hrabiemu zmienić imię. Tak więc, Hrabina urodziła trzy małe kotki na huśtanej ławie na ganku, w koszyku na kurki, które już się pokazały w lesie brzozowym za płotem. Pomyślałam, że trzeba będzie poszukać w piwnicy innego koszyka, ale kotka szybko gdzieś wyniosła swoje maleństwa. Co się z nimi ostatecznie stało, nie wiem – pewnie przeniosła je na sąsiednią, prawie opuszczoną działkę, którą uznała za bezpieczniejszą, bo był tam większy spokój, niż u mnie. Była wtedy młoda i niedoświadczona – myślę, że obce kocury zagryzły jej kocięta. Ale, Hrabinie zmienił się wtedy charakter. Już dawała mi się głaskać i – razem z Artystką – wszędzie za mną zaczęły chodzić po ogrodzie, a nawet poza działką, tak na odległość do 100 m. Czekały też na mnie, gdy wracałam z grzybobrania – wybiegały na skraj lasu, na przywitanie.

Nauczyłam je przychodzić pod drzwi, gdy wystawiałam im jedzenie – na podwójny gwizd. Ale, inne koty też nie są głuche i szybko „załapały”, że ten gwizd to zaproszenie na angielski bufet. Zaczęła męczyć mnie wyobraźnia – nieproszeni „panowie”, a później - 5, 10, 100, 200 kotów! No, nie – pomyślałam - z tym trzeba zrobić porządek, a do sprawy najlepiej jest zabrać się metodycznie i od podstaw. Zasięgnęłam języka u fachowców i udałam się do Ciapkowa po medykamenty - antykoncepcyjne. Weterynarz miał poczucie humoru i – gdy go zapytałam, jak podawać – poinformował mnie, że wystarczy nauczyć kota, by trzymał tabletkę non-stop między tylnymi łapami ….

A, tak na serio, to teraz trzeba było nauczyć je jeść z ręki – by mieć pewność, że każda gwiazda skonsumowała swoją pastylkę. Raz w tygodniu - od marca (wiadomo) do końca sierpnia, dla pewności. Najlepsze do tego okazały się kostki kiełbasiane lub kaszankowe. Udało się. Tamtego lata i w następnym sezonie, kocice nie przyprowadziły mi żadnego malucha.



9 lutego tego roku, obudziło mnie znane kocie zawodzenie – jakby za oknem płakało dziecko. Noo, to już wiedziałam - … zaczęło się. Której to tak śpieszno do ludzi (sorry – do kotów) i to już w lutym? W południe, obu panienkom zaaplikowałam tabletki. Czy zdążyłam, nie wiem - to się okaże (jakby co, dam znać). Na drugi dzień, znalazłam na trawniku kawałek pięknego futra Hrabiny, wyrwanego razem z podszerstkiem. Tak więc, to ona ogłosiła całej wsi, że jest zwarta i gotowa. Wypasione dwa kocury kręciły się cały dzień po mojej działce – jeden, o wymyślnym imieniu (uwaga) KOT („sąsiad zza fyrtla”), wiernie siedział dobre 3 godziny przy koszyku, w którym drzemała Artystka, ale ta była niewzruszona. Prosta wiejska „dziewczyna”, a – proszę – jak dobrze wychowana i szanująca się dama. No, ale ta druga (?) – arystokratyczne pochodzenie, a takie ladaco!

Doszłam do wniosku, że wszystkiemu winni są ludzie - że ich konsumpcyjny stosunek do środowiska naturalnego ułatwia kotom niekontrolowane rozmnażanie się i, w związku z tym, ustanowiłam nowe prawo (regułę), które mówi, że: wzrost populacji kotowatych jest wprost-proporcjonalny do wzrostu emisji dwutlenku węgla do atmosfery … Otóż, skoro nadmierna emisja gazów cieplarnianych sprzyja ociepleniu klimatu, to w lutym jest teraz tak ciepło, jak kiedyś w marcu. Koty, zamiast marcować, lutują, tzn. kocury lutują kotki.

Jako tradycjonalistka, protestuję. Ma być tak, jak kiedyś, tzn. w styczniu – słonie, w lutym – konie, w marcu – koty, w kwietniu – psy, a w maju – WY! To już niedługo - szykujcie się!

MM